„- Zabiłeś mnie – wyszeptał. – Dlaczego?
- Tylko chwilowo – wyjaśniłem.”
Jarosław Grzędowicz „Popiół i Kurz”
Parę słów wstępu. Ta opowieść nie opiera się na żadnych realiach. Nikt taki nie istniał i mam nadzieję, że nie będzie. Wszystko co jest tutaj napisane jest tylko i wyłącznie moim dziełem. Tą powieść można zaliczyć do klasycznych gatunków z fantasy. Jeśli zanudził cię prolog oznacza to, że nie nadajesz się do czytania tego co wytworzyłam. Zauważyłeś jakąś nieścisłość? Powiadom mnie o tym. Nie jestem perfekcyjna ale bardzo mocno się staram. Za wszelkie błędy językowe i stylistyczne przepraszam. Ach... I każda notka ma nie więcej jak dwadzieścia tysięcy znaków i wychodzi maksymalnie raz w miesiącu, więc nie każcie mi pisać długich rozdziałów i często, bo i tak nie będą się one ukazywać. Dziękuję za wysłuchanie ^^’.
To opowiadanie dedykuję ludziom, którzy są ze mną [i jak dotąd mnie nie zamordowali].
To dla was Team ITA$ :*
*** Prolog. W krainie snów. ***
Śmiertelniku, witaj w Yume. Krainie gdzie chciałbyś aby sen był jawą. Prawdziwi ludzie już wyginęli. Pozostała jedynie garstka niedobitków i ich królowa. Kobieta, którą czczą i uwielbiają, a hołd dla jej imienia nie ma końca wśród wszelkich istot, tych złych i dobrych. Tym co nie słaniają się po ziemi przed nią grozi wielka kara. W każdym świecie znajdzie się śmiałek, który porządnie odbiega od typowo popapranej normy, który dla porządku zrobi wszystko. Czasem znajduje się osoba, która jest jego całkowitym przeciwieństwem. I podobnie było u nas w spokojnym i ułożonym świecie Yume.
- Cholera. Zrozumiałem, że królowa rodzi się raz na pięć tysięcy lat.
- Bo tak jest – powiedział zielonooki blondyn, który swoją urodą powalił już nie jedną śmiertelniczkę.
- To wytłumacz mi tą anomalię.
- Kur... Mówicie o mnie jak o jakiejś pogodzie. – zdenerwowałam się nie na żarty.
- Ale tyle lat życia spokojnego królestwa, a tutaj Akaku, niech żyje na wieki, mówi: „Chciałam się zabawić. Nie gniewaj się Mirai.” I co my mamy z tobą zrobić?
- Nie mam pojęcia. I uspokój się Mirai.
- Spokój. Hahaha... Ona mówi mi o spokoju? Mała słuchaj jeśli dowie się o wszystkim ten Błękitny szarlatan nie będzie zbyt miło. Zabije ciebie, mnie i jeszcze przeleci twoją matkę.
- Akurat ona się odda jemu sama.
- Nawet mnie nie wnerwiaj.
- Och, wypad stąd obaj. Nie chcę was widzieć.
- Jak sobie życzysz wasza królewska mość. – Blondyn prawie ucałował ziemię przed moimi stopami.
- Heh. Pieprzona władza.
- A żebyś wiedział Mirai, a teraz spieprzaj.
Nareszcie sama. Nie o to do końca mi chodziło, ale może być. To, że moja matka „Królowa Koszmarów” mnie urodziła prawie pięć wieków za wcześnie nie oznacza od razu, że jestem jakaś niedorobiona. Jeszcze mój walony „ojczulek”: „odnoś się do matki z szacunkiem”, „przypominam ci, że jak na razie to ona jest królową”. A wszystkich wnerwia we mnie fakt, że jestem od matki silniejsza i tak po za tym odzywam się do niej po imieniu, bo nie dość, że jest dziwką to jeszcze uznaje się za lepszą. Cholera. Nie rozumiem po co mi ta władza itd. I tak wszystko obejmę dopiero za czterysta parę lat. Och... I zapomniałam o najlepszym: mam już męża. Urodził się wraz ze mną. Z tego co wiem jemu też za bardzo ta sytuacja nie przypadła do gustu ale cóż poradzić. W sumie lubię gościa. Wali system i starego, który ponoć jest straszny. Anioł straszny, pozostawię to bez komentarza. No ale fakt, faktem moja matka jest królową i ja przejmę ten tytuł, a teraz się muszę uczyć jak reszta.
Uczęszczam do małej szkółki w niewielkiej mieścinie pod miastem. Wychowawczyni jest dość surowa, jakby codziennie rano dostawała kawał zepsutego ludzkiego mięsa na śniadanie. Cóż innego można się spodziewać o demonie niższej rangi. W mojej klasie jest dwunastu uczniów, głównie wilkołaki i wampiry. Żałosne stworzenia, chowają się po kontach jeśli ja i Amertis zaczynamy rozbijać okna jedynie patrząc na nie. Niby czerwone demony mają niesamowitą moc destrukcyjną ale jakoś tego zbytnio nie odczuwam. Codziennie przerabiamy ten sam nudny temat, a ja i tak nie łapię matmy. Prosta sprawa, ale po co się uczyć jeśli masz kasę, status i siłę?
Co wtorek mam zajęcia z osobistą guwernantką. Jakby to miało znaczenie. I tak niczego mnie nie nauczy, a sama nie dostanie kasy. No i jest jeszcze mój porąbany wuj, ma świra na punkcie regulaminu, zasad etyki i wzorca idealnej władczyni (którą niby jest Akaku), i jego brat bliźniak, urodzony anarchista, nienawidzi wszystkiego co się łączy z prawem i zakazami. W sumie nie są tacy źli, nauczyli mnie jak kantować... to znaczy grać w remika i wielu innych ciekawych rzeczy, chociaż są tak różni bardzo się kochają. Kiedyś prowadzili otwartą wojnę co doprowadziło do puszczenia z dymem czterdziestu pięciu wielkich miast i paru wiosek. Podobno Wairudo ukradł kiedyś mojej matce znak władzy, aby pokazać, że jest zdolny do wszystkiego ale Wabiru mało go nie zamordował i tak skończyła się pierwsza i ostatnia (mam nadzieję) wojna w Królestwie Yume.
Myślę, że moje narodziny spowodują wiele zmian u istot. Mam nadzieję, że nie rozpocznie się bitwa o nowy brzask dla świata ze snów. Dla krainy zwanej Yume.
*** Koniec ***
Mam do Was czytelnicy prośbę, czy możecie mi wyjaśnić, co w Waszym mniemaniu oznacza „świt”. Potraktujcie to jako coś abstrakcyjnego albo jako samo w sobie słowo. Prosiłabym o odpowiedzi. Każde zdanie zostanie przeze mnie rozważone i zasłużycie na moją dozgonną wdzięczność. Z góry Dziękuję.
~Mizu Uchiha